niedziela, 13 kwietnia 2014

Chapter 4.

Jeszcze tak chujowej nocy to ja w swoim życiu chyba jeszcze nie miałam. Siedziałam do 3 nad papierami z informacjami o rzekomym Try Hard. Czy coś znalazłam, cokolwiek? Nie. I to mnie tak cholernie wkurzało, nie mam żadnych informacji. Żadnych najmniejszych gównem, typu gdzie lubią jeść, jednak to by się naprawdę przydało. Zasnęłam może po 5 a ktoś raczył mnie pięknie obudzić o 8 nad ranem. Dziękuje bardzo.
-Aaaaa!- ktoś piszczał na cały dom. Boże, łeb mi pęka, żołądek mnie boli, jest mi zimno i zaraz rzygnę, a ktoś kurwa mać mi jeszcze piszczy przy drzwiach. 
-O jeju! Aaaaa!- rozpoznałam, że to Ana. Wywlekłam się z łóżka i włożyłam za dużą, granatową bluzę przez głowę i ruszyłam uciszyć tą jędzę. W głowie mi się kręciło i wydawało mi się, że wszystkie moje rzeczy wirują. Kiedy wreszcie doczłapałam się do kuchni, gdzie było aktualne miejsce przebywania mojej pobudki, zobaczyłam Anę skacząca po całym pomieszczeniu i wielki bukiet kwiatów. 
-Ana, proszę cię, zamknij ta mordę!- próbowałam krzyknąć ale gówno z tego wyszło.
-Chlo...?- wreszcie stanęła i patrzyła na mnie jak na kosmitę.
-Nie Lady Gaga- wywróciłam oczami 
-Spałam nie całe 3 godziny, źle się czuję a ty mi jeszcze piszczysz!- wytłumaczyłam, dlaczego pewnie wyglądam jak zombi
-Sorry, ale zobacz co dostałam!- wskazała ten sam wielki bukiet 
-To od Micheala, napisał, że zabiera mnie na kolację!- była podekscytowaną. 
-Okey, to się zabezpieczajcie, a teraz bądź cicho- warknęłam i wróciłam do pokoju. Ana coś jeszcze mówiła, ale jej nie słuchałam. Jedyne czego chciałam to długi sen. I tak się stało. Kiedy się obudziłam było po 12 a w domu znowu było cicho jak w grobie. Wstałam i skierowałam się do kuchni z zamiarem zrobienia śniadania. Czułam się o niebo lepiej. 
Na lodówce na pomarańczowej samoprzylepnej kartce, było napisane gdzie każda z lokatorek idzie. Ugh, znowu będę sama. Ana poszła na przygotowanie się do randki, a Mia poszła z nią. Olivia pojechała na wyprzedaże wszystkich produktów do jakiegoś sklepu a ja miałam siedzieć w domu i, co było napisane grubszą czcionką i podkreślone dwa razy, mam nic nie zepsuć. Dzięki za zaufanie. 
Kiedy w spokoju przeżuwałam swoje płatki zadzwonił telefon. Oczywiście nie mój, bo do mnie nikt nie dzwoni, tylko jak się okazało Any. Nie zważając na nic odebrałam.
-Halo?- spytałam nadal mając kilka czekoladowych kulek w buzi
-Anastasia?- ktoś spytał
-Nie, sorry- przełknęłam
-Mogę ją prosić do telefonu?
-Aktualnie nie ma jej w domu, bo od 8 nad ranem jara sie jakąś kolacją i seksem z jakimś gościem- oznajmiłam popijając sokiem
-Tak?- ktoś spytał rozbawiony
-No. Coś przekazać?
-A z kim rozmawiam?- takie pytanie się zadaje na początku, gościu.
-Z tej strony osoba, która złamie ci nos jak skrzywdzisz Anę- powiedziałam słodkim głosem 
-Blue...- dlaczego jest zdenerwowany? wut? nic nie rozumiem
-Tak, we własnej osobie. Więc, masz jej nie zrobić dziecka rozumiesz? Mamy już i tak za dużo na głowie
-Nie mam takiego zamiaru- teraz się gościu stresuj
-To dobrze..- ktoś właśnie wszedł mi do domu i zaczął znowu drzeć mordę niesłynnym "Blue, skarbie wróciłem!" Jebnięty Fred.
-Sorry, muszę kończyć, mój narzeczony przyszedł- i się rozłączyłam.
Dlaczego mówię wszystkim takie bzdury? Tak właściwie sama nie wiem. Lubię patrzeć, czy słyszeć jak ludzie wszystko łykają i rozpowiadają to innym. 
-Witam cię milordzie- uśmiechnęłam się kiedy Fred usiadł na przeciwko mnie przy stole. 
-Siema, chłopko- zadrwił 
-Ej!- wystawiłam język
-No dziecko, nie pokazuj tego języka, bo ci krowa nasika i szykuj się bo zabieram cie na małe zakupy- co wszyscy mają z tymi zakupami dzisiaj?
-Po co i gdzie?- spytałam nadal powolnie jedząc zmokłe już płatki
-Dzisiaj można kupić dobry samochód- poruszył brwiami podkreślając o co mu chodzi.
No tak, zawsze co 4 miesiące jest coś podobnego do targu sportowych samochodów. Kupuje się je lub wymienia. Nielegalnie, oczywiście. Punktem kulminacyjnym jest raczej wieczór, kiedy to wszystkie gangi i jacyś biznesmeni przyjeżdżają przyjrzeć się autom i zobaczyć wyścig. Zwykła żenada. Większość tam osób jest z nami sprzymierzona, choć nawet nie wiedzą jak wyglądamy. Są też ci, którzy chcą być niezależni i mieć z nami wojnę, nic dobrego z tego nie wynika. Nikt nie wie ile nas jest w gangu. Nie jesteśmy w nim same, przecież nie dałybyśmy radę! My to te szychy, a pomocnicy to nie są jak wam się zdaje umięśnieni goryle inaczej zwani mężczyźni na sterydach, tylko zwykli ludzie. Pomimo tego, że wszyscy nas się boją, jesteśmy najmilszym i najbardziej ludzkim gangiem jaki istnieje w Australii. Jeżeli ktoś chce odejść od nas, musi mieć alibi, nie jakieś "znudziło mi się to" czy "jestem do bani". Z tym pierwszym, wysyłamy taką głupią istotę na małe "szkolenie" i wtedy zmienia zdanie. W drugim przypadku daje mu do zrozumienia, że to nie prawda, jeżeli chce to też idzie na "szkolenie" ale nie byłby członkiem gdyby był mięczakiem, prawda? Mocnym alibi może być założenie rodziny, jednak nawet z nią ludzie u nas funkcjonują. Dajemy ich rodziną najlepsze bezpieczeństwo, jakie możemy. Nikogo nie dyskryminujemy. 
Szybko umyłam się i ubrałam. Pomalowałam i zabrałam zabrałam swoją czarną torebkę, pasującą akurat do czarnych rurek i bokserki, czerwonej koszuli w kratę i tych samych lekko rozwalonych trampek, które miałam na sobie.
-Co chcesz kupić?- spytałam kiedy już byliśmy na miejscu. Stary magazyn na obrzeżach. Tak jak na filmach. O ironio, jakby gliny tu przyjechały. 
-Pamiętasz tą czerwoną Ginette g55, którą wygrałem? Chcę ją trochę podrasować- posłał mi szelemowski uśmieszek 
-No a jakże- zaśmiałam się
-Dobra, wchodzimy i pamiętasz co masz robić?- spytał nadal się uśmiechając
-Jasne, że wiem mój ukochany, dlaczego miałabym nie pamiętać, że jesteś moim chłopakiem lub narzeczonym, zależy od miejsca gdzie znajdują się twoi głupi kumple?- spytałam sarkastycznie, akcentując, kim ma być dla mnie jak jesteśmy koło jego kumpli. Tak Fredzio jest deklem.
-Ej! Nie śmiej się! Wież, że to ważne- powiedział obrażony
-Serio, znajdź ty sobie inteligentną dziewczynę stary, może ona ci pomoże z tym twoim tokiem myślenia- na prawde muszę mu znaleźć dziewczynę
Już nic nie powiedział, tylko położył dłoń na mojej tali i weszliśmy do budynku. Nie było dużo ludzi, ale jednak ktoś był.
-Choć tam- wskazał samochód, na którym opierał się nie za młody afroamerykanin ubrany od stóp po głowę w czarną skórę. Pewnie jest harleyowcem.
-Siema- przywitał się po "męsku" ze staruszkiem
-Co chcesz?
-Nitro, ale wiesz jakie- powiedział szybko mój przyjaciel i posłał porozumiewawcze spojrzenie mężczyźnie.
-Choć za mną- powiedział
 -Ale ty, nie możesz- wskazał na mnie. Co? To nie fair! 
-Dlaczego?- spytałam obrażona
-Dobra, skarbie zostań- powiedział Fred i ruszył za mięśniakiem a ja go zabijałam wzrokiem. Co za dupek. W sumie mogę iść się rozejrzeć i kupić jakieś dodatki do samochodu Mii, jak go nazywam, Petunii. To wrzosowy garbus z różowym futerkiem na kierownicy, tak więc nie mam więcej pytań. 
Przydały by się jakieś kołpaki i może jakieś części do silnika. Przykręciłabym to wszystko i jakoś by było. 
Stałam właśnie przy pokaźnej kolekcji kołpaków do wszystkich marek samochodów i rozglądałam się które wybrać. Co jak co, ale dziewczyną nadal jestem i też na zakupach zachowuję się jak dziewczyna. 
-Może jednak chcesz żebym ci coś doradził?- spytał już zniecierpliwiony "ekspedienta"
-Okey- westchnęłam 
-No? To co chcesz?
-Potrzebuję w miarę prostych, ale jednak gustownych kołpaków do Volswagena Garbusa Cabrio
-Żartujesz prawda? Takimi gratami się nie zajmujemy- zbeształ mnie. A gdzie powiedzenie "klient nasz pan"?
-Och? A jakbym proponowała dobrą cenę?- może pomoże
-To znaczy?- tak udało się
-10 tysięcy za komplet
-12
-10 i pół
-11
-Nie ma mowy
-Nie ma kołpaków- chytrze się uśmiechnąl
-Hej! Josh! Uspokój się- zawołał ktoś za mną.
-Spieprzaj Luke!- warknął targowiec na osobnika za mną
-Nie tak ostro! Dlaczego nie chcesz sprzedać niczego dla tej pięknej damy?- spytał i podszedł bliżej. Ładny był. Nawet bardzo, ale teraz mnie to gówno obchodziło, bo chciałam te jebane kołpaki i już jechać do domu.
-Luke- uśmiechnął się i podał mi rękę
-Ktoś bardzo wkurwiony- chwyciłam jego rękę i zdusiłam. No nie powiem, ale był zdziwiony moja siła.
-A czy Ktoś bardzo wkurwiony, chciałby pójść dzisiaj na imprezę ze mną?- spytał rozbawiony. Oj skarbie nawet nie wiesz w co się pakujesz.
-Sorry, ale...- ktoś mi przerwał. Kurde, nie lubię tego
-Ona nigdzie z tobą nie pójdzie- to był Fred, złapał mnie za talię i pocałował w policzek. Zazdrośnik.
-A ty to...?- spytał zły Luke, jak dobrze pamiętam
-Jej narzeczony- wysyczał, a ja posłałam zalotnikowi zwycięski uśmieszek. Taa, daa
-Oł..
-Choć Blue, jedziemy już- oznajmił Fred, a Luke zrobił wielkie oczy. WTF? Złapał mnie za nadgarstek i odwrócił w swoją stronę, tak że mógł dokładnie mi się przyjrzeć.
-O Boże- wyszeptał zdziwiony. To pewnie jakiś psychopata!
-Nie dotykaj mnie!- wysyczałam i byłam pewna, że z moich oczu tryska wrogość i wściekłość. Odwróciłam się i razem z Fredem ruszyliśmy do samochodu. To było bardzo bardzo ciekawe po południe. 
-Kupiłeś to nitro?- spytałam przerywając ciszę w samochodzie
-Tak, jest naprawdę super, w domu ci pokaże- chyba zmieniłam temat jego rozmyśleń, bo teraz był bardziej wyluzowany niż 5 minut temu.
Tak jak mówił, tak zrobił. Ale szybko się ulotnił do siebie, żeby podłączyć to cacuszko. 
Lasek nadal nie było, ja jestem głodna i cholera znowu nic nie ma w lodowce! Trzeba zrobić coś podobnego do obowiązków domowych czy coś, bo będziemy głodować! Zabrałam torebkę i wyszłam z domu zamykając drzwi na klucz. W drodze do sklepu rozmyślałam nad tym co kupić i czy starczy mi kasy. Była prawie 16 i zastanawiałam się czy może nie kupić na wynos jakieś chińskie żarcie. Tak właśnie zrobiłam, zamówiłam i miałam się pojawić za ok 15 minut. Akurat tyle ile potrzeba mi na małe zakupy spożywcze.
Luke Pov's
-Ale, że co?!- warknął zdziwiony Calum, kiedy powiedziałem mu co się stało przed 15 minutami.
-No kurwa ci mówię, że była tu Blue i jeszcze z jakimś gościem, co przedstawił się jako jej NARZECZONY- powiedziałem nadal w to nie wierząc
-Ło, rzesz kurwa. Co ją pociąga w tych kryminalistach?- zaśmiał się nerwowo Cal
-Bardziej się zastanawiam do jakiego gangu należy jej chłoptaś i czy ona ma coś wspólnego z tym gównem
-Ciekawe co jeszcze ile się wydarzyło jak nas nie było- westchnął rozbawiony. Kabaret z tego można nakręcić, serio.
-O której wychodzimy?- spytałem, a on już wiedział o co chodzi
-Po 22 jedziemy po Sama i idziemy się zabawić!- krzyknął radośnie. 
Urodziny Billa Arnoldsa, grubej ryby w handlowaniu marychą. Co roczna impreza, która można spokojnie nazwać galą Oscarów, przez jej charakter. Wszyscy mają być ubrani elegancko, jak na jakiś pieprzony pokaz mody. Niektórzy mają plany, by zaatakować Billa i ukraść jak najwięcej towaru. Bezmózgie bachory. I tak nie wyjdą z tego cało, ochrony jest tam tyle, że mogłaby konkurować z tą królewską chroniącą Elżbietę II. 
Są plusy i minusy tego cyrku. Można wyrwać niezłe laki i załatwić parę spraw "służbowych". Ale trzeba przychodzić w garniakach, jak jakiś Bond.


 Chloe Pov's
-Nie założę tego!- warknęłam,  widząc sukienkę,  którą miałam założyć na te pieprzone urodziny Billa. Wszyscy mieli być odstrzelenia jak jakieś choinki na Wielkanoc. Ja miałam założyć czarną,  koronkową kieckę, w gotyckim stylu.  Nawet całkiem, całkiem ale nigdy jej nie założę.  
-Chloe, zakładaj tą sukienkę i szykuj naboje!- zawołała już wyszukiwana Olivia. W swojej ciemno wiśniowej rozkloszowanej sukience przed kolano i czarnych szpilkach od Louboutin wyglądała olśniewająco. Lekko zakręcone końcówki i makijaż podkreślający jej rysy dokańczały całość. Z wielką niechęcią  przebrałam się w czarną szmatkę i założyłam buty śmierci. Szpilki. 
-Pięknie, a teraz do Mii, żeby ci zrobiła makijaż- powiedziała i skierowała się do łazienki. Ja ruszyłam do pokoju mojej przyjaciółki, który teraz przypominał salon kosmetyczny.
Usiadłam na białym fotelu przy toaletce, gdzie kiedy weszłam wskazała mi przyjaciółka.
-Okey, skarbie, zaraz będziesz gotowa.Wybiorę twój styl,  może w mniejszej ilości, ale go nie zmienię- powiedziała widząc moją minę.

Po 15 koszmarnie długich minutach i siedzenia w niepewności, wreszcie mogłam zobaczyć efekt końcowy.
-Wow- jedyne co potrafiło wyjść z moich ust. Miałam mniej niż zwykle zarysowane oczy i pomalowane cieniami. Moja cera z natury jest blada, ale Mia użyła jeszcze bardzo jasnego, prawie białego pudru. Usta pomalowane miałam ciemno czerwoną pomadką. Super.
-Też mi się podoba- uśmiechnęła się za mną do lustra w którym się aktualnie przeglądałam. 


-Chloe nazywana także Blue! Chodź wreszcie!- krzyczy z dołu Ana.
-Już!- odpowiedziałam
-Dziękuję- uśmiechnęłam się szeroko do mojej makijażystki i ruszyłam do zniecierpliwionej Anastasi.
Jak myślałam była w piwnicy i szykowała broń.
-Co zamierzasz zabrać?- spytała, kiedy zeszłam ze schodów.
-Myślałam nad starym dobrym CZ-75 kal. 9mm*- skierowałam się do gablotki. 

-Coś jeszcze?- spytała
-SIG-Sauer i może P80*?- ona tylko kiwnęła głową i rzuciła mi opaskę na udo do przyczepienia broni .
-Wszystko załatwione? - spytałam, a Ana wiedziała o co chodzi
-Tak. Mark i inni wszystko załatwią, dziewczyny im pomogą, a ty masz obserwować Billa i jego ochroniarzy- powiedziała, nadal będąc skupionym na szykowaniu zestawów broni dla dziewczyn. Oczywiście nasza Anastasia nie idzie, bo ma randkę z frajerem. Prychnęłam w myślach

-Zabiorę jeszcze tłumik anty dźwiękowy**- powiedziałam zakładając kaburę*** na pasek przymocowany już do mojego uda, jednocześnie spychając naszą rozmowę znowu na temat broni.
-Już..- powiedziała i ruszyła wybierać z pośród naszej małej kolekcji
-Trzymaj- wręczyła mi czarne rurki, a ja schowałam je tak jak reszta broni, lub do niej części. 
-Baw się dobrze, i pamiętaj...- przerwała mi
-Blue, on mi nic nie zrobi. Nie jestem jeszcze gotowa, żeby to robić. Zrozum to wreszcie- wywróciła oczami, a ja się poddałam
-Okey- posłałam jej delikatny uśmiech i ruszyłam
-Powodzenia!- zawołała jeszcze Ana, a ja odwróciłam głowę i posłałam jej uśmiech mówiący "lol my jesteśmy najlepsze, nie potrzebujemy takich rzeczy" a ta się zaśmiała.
-Laski, jedziemy?- spytałam widząc biegające w tą i z powrotem Mię i Olivię.
-Nie!- zawołały chórem, na co ja tylko skomentowałam śmiechem. 
One szykowały się jak na jakiś pokaz mody. 

Po jakiś 20 minutach były gotowe. Ruszyłyśmy do samochodu i pojechałyśmy do wielkiej willi nad plażą, gdzie miała się rozpocząć "impreza roku". Szczerze? Miałam głęboko w dupie to przyjęcie. Jednak wiele można zyskać okradając tak liczne zapasy marihuany Billa. Ten kutas, to 22 letni bachor, który miał bogatych rodziców i znajomości. Nie widzi niczego, oprócz swojej kasy. Łatwo można stwierdzić, że był palantem.

Zaparkowałam w pobliskim lasku, żeby nas nie było widać. Musiałyśmy wejść niezauważone przez wejście gdzie nie będzie ochroniarzy i bramek,lub w minimalnej ilości, którzy mieli zadanie przeszukać wszystkich by na urodzinach nie było żadnej rzezi. 
Bandzior, mający w domu towar, dzięki któremu można kupić luksusowy dom i jacht każdemu mieszkańcowi Australii, jak nie więcej, organizuje imprezę urodzinową, też dla bandziorów. Bardzo mądre.

Tak jak planowaliśmy, w płocie była dziura, przez którą przeszłyśmy niezauważone.
Poprawiłyśmy sukienki i ruszyłyśmy do wnętrza, inaczej zwanego miejscem spotkań brzydkich, napalonych chłopców. Oj tak, mam wspaniały humor.
-No to idziemy- powiedziała Oli i popatrzyła na nas. 
-Macie VX****?- spytała cicho Mia, upewniając się.
-Tak- powiedziałyśmy tym samym tonem.
-No to idziemy- powtórzyła Mia słowa Olivii, i ruszyłyśmy. 
Coś czuję, że będzie to naprawdę zabawne. 






*- nazwy broni
**- taka jakby "rurka" którą się przykręca, jak nie chce się, żeby podczas strzału był dźwięk
***- kabura, czyli coś podobnego do etui, ale do broni (((jakie ja mam skojarzenia -_-))) sprawdźcie w google etc.
****- Trucizna --->"Bezbarwna ciecz uważana za jedną z najbardziej morderczych substancji, jaką 
                                kiedykolwiek stworzono. 
                               Działanie: przez oczy i skórę. Atakuje system nerwowy. Mała kropla VX może 
                               zabić w ciągu 15 minut. 
                              Ochrona: natychmiastowe podanie atropiny 
                              Irak - oficjalnie - wyprodukował prawie 4 tony. VX został użyty przeciwko 
                              Kurdom w Halabja, gazem wypełniano głowice rakiet balistycznych."


1 komentarz:

  1. Kiedy next? ^^ opowiadanie naprawdę ciekawie się zapowiada ♥ czekam z niecierpliwością :D

    OdpowiedzUsuń